Polecamy

Śmierć początkiem drogi

Śmierć to ostatnia podejmowana przez nas w życiu podróż, dla mnie jednak wysuwa się ona na czoło, a jej obecność w miarę upływu lat zaznacza się coraz wyraźniej. Dla osób pracujących z ludźmi umierającymi śmierć przypomina nie­pożądanego gościa, którego poznaje się całkiem dobrze. W mojej podróży zmagam się z nią, zarówno na polu zawo­dowym, jak i we własnej rodzinie.
We współczesnych społeczeństwach śmierć zatacza szero­kie kręgi. Czasem bywa wynikiem przemocy, niekiedy lito­ściwym aktem natury, innym razem końcem długiej choroby. Patrzymy na nią w swoich domach, siadając przed ekranem telewizora, płacimy, by oglądać ją w kinach, zabawiamy się nią w grach wideo i komputerowych. Może mamy nadzieję, że im bardziej się z nią opatrzymy, tym mniej nas będzie trwożyć. Choć śmierć należy do najbardziej bolesnych oso­bistych doznań naszego życia, to często chorobliwie się nią interesujemy. Liczni z nas igrają z nią przez całe życie, pro­wokując ją przez wspinaczki wysokogórskie, podniebne loty, wyścigi samochodowe. Niezależnie jednak, jak bardzo flirtu­jemy z nią z daleka, wszyscy wiemy, że pewnego dnia nastąpi rzeczywiste spotkanie. Aż do tego momentu doświadczamy jej jako widzowie. W miarę jak praca zbliża mnie do tego niepożądanego gościa, odnajduję w śmierci coraz więcej po­koju. Mam nadzieję, że Czytelnik także znajdzie spokój w swojej ostatniej podróży.
Gdy na początku lat osiemdziesiątych rozpocząłem pracę w ruchu hospicyjnym, uważałem hospicjum za miejsce, gdzie sprawuje się opiekę nad ludźmi nieuleczalnie chorymi. Dzięki pracy zdałem sobie sprawę, że do istoty hospicjum należy także swoista filozofia, sposób troski o ukochane osoby. Dla niektórych hospicjum oznacza bardziej naturalną śmierć. Dla innych polega na rezygnacji z intensywnej opieki medy­cznej, gdy zbliża się koniec. Jeszcze inni kojarzą hospicjum z opanowaniem bólu. Praktyczna rzeczywistość hospicjum nigdy nie została wyraźnie zdefiniowana. Nadal większość ludzi umiera w szpitalach, gdzie niewiele przyznaje się im praw, a ich potrzeby i troski są często nieświadomie pomijane.
Siedząc przy niezliczonych łożach śmierci, przekonałem się, że wielu członków rodzin, pracowników służby zdrowia, a nawet tych, którzy sami stawali w obliczu śmierci, nie zda­wało sobie sprawy z potrzeb i praw człowieka umierającego. Jeśli wyczuwali te potrzeby i prawa, mieli słabe pojęcie, jak je wyrażać czy z nich korzystać. Zaczęło dojrzewać we mnie wrażenie, że ostatnie miesiące i chwile w życiu człowieka powinny zajmować ważne miejsce, być czasem działania, a nie bezczynnego zdania się na los. Tłumacząc, uwzględnia­jąc i poszerzając prawa umierającego, starałem się przywrócić władzę tym, którzy umierają, oraz ich bliskim.
Wprowadzenie tych praw w czyn okazało się zadaniem trudnym. Społeczeństwo i system opieki zdrowotnej odsunę­ły nas od procesu umierania. Na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku śmierć stanowiła znaną i naturalną część życia - następowała w domu, w najlepszym razie w obecności lekarza. Jednak już w latach czterdziestych i pięćdziesiątych znalazła dla siebie nowe miejsce: szpital. Lekarze zajmowali się sporą liczbą pacjentów jednocześnie, a oddziały intensyw­nej terapii udostępniały umierającym najnowsze zdobycze techniki. W latach siedemdziesiątych śmierć została odsunięta od społeczeństwa, od domu i od nas jako jednostek.
W latach osiemdziesiątych przeobraziła się ona w zimne, bezosobowe doświadczenie. Większość z nas pozbawiono mo­żliwości przebywania przy naszych bliskich w ciągu tych ostatnich dni. I wtedy właśnie zaczął się szerzyć ruch hos- picyjny. Coraz więcej ludzi zaczęto sprowadzać do domów, by mogli końcowy etap życia spędzić w otoczeniu rodziny i przyjaciół.
W 1984 roku postanowiłem założyć firmę domowej opieki zdrowotnej, Progressive Nursing Services, jedną z pierwszych organizacji oddanych potrzebom pacjentów nieuleczalnie cho­rych, głównie na AIDS i na raka. Rozpoczęliśmy od jednego pacjenta i trzech pielęgniarek, w ciągu następnych ośmiu lat rozwijając swą działalność. W tamtym czasie wielu pielęg­niarzy czuło się niezręcznie wobec AIDS i samych umierają­cych. Część jednak osób była oddana koncepcji hospicjum. Chciałem połączyć pracowników medycznych zaangażowa­nych w tę ideę z tymi, którzy takiej pomocy potrzebowali.
Dom okazał się miejscem naprawdę uzdrawiającym, tak jak był nim dla naszych pradziadów. Tu pacjenci mogli otrzymy­wać potrzebne leczenie w otoczeniu przedmiotów i ludzi, któ­rych kochali. Tym, którzy mieli umrzeć, dom ze swymi wspo­mnieniami, zwierzętami i ukochanymi u ich boku przynosił ukojenie. Niestety, wiele osób zwalniano do domów bez na­leżytego przygotowania na to, co ich czeka. Naszym zadaniem było przygotowanie ich, przynoszenie ulgi i zorganizowanie opieki zdrowotnej.
Obecnie koncepcję hospicjum propaguje się dzięki reformie służby zdrowia. Wiele szpitali, lekarzy i towarzystw ubezpie­czeniowych zaczyna rozumieć, że umieranie w domu jest nie tylko wygodniejsze i bardziej osobiste, ale też bardziej eko­nomiczne.

Partnerzy:

Zakład Pogrzebowy Animus
Zakład Pogrzebowy Archon Wrocław
Zakład Pogrzebowy ARKADIA

Sponsorzy:

www.memento.net.pl
www.mementis.pl
www.anubis.waw.pl